O. Luca Bovio 

– pochodzi z Włoch, jego miasto rodzinne to Mediolan.

Nigdy nie myślałem specjalnie o tym, by pojechać na misje, ani o tym, by zostać misjonarzem. Należałem do grupy młodzieżowej w mojej parafii w Mediolanie - parafii Św. Anny. Ja bardzo lubię chodzić po górach, mamy we Włoszech przepiękne Alpy. Co roku podczas wakacji wędrowaliśmy po nich razem z księdzem wikariuszem, księdzem Massimiliano z naszej parafii. Pewnego roku wikariusz nas zaskoczył i powiedział tak: „Słuchajcie w tym roku możemy zamiast wędrówki po górach pojechać na misje do Afryki. Konkretnie na miesiąc do Tanzanii”. To była niespodzianka, ale przyjeliśmy tę propozycję z entuzjazmem. Zorganizowaliśmy małą akcję w naszej parafii i osiem osób razem z tym wikariuszem wyjechało na misje - cztery dziewczyny i czterech chłopaków.

Pojechaliśmy do pewnego misjonarza w Tanzanii, który zaproponował nam konkretną pracę - mały projekt do wykonania. To był mój pierwszy kontakt z misjami. Z jednej strony facynująca, przepiękna przygoda, bo do tej pory znałem misje tylko z programów radiowych i telewizyjnych. Z drugiej strony nie było wcale łatwo. W pamięci z tego pierwszego wyjazdu bardzo mocno zapisało mi się doświadczenie braku wody pitnej. Prawie nikt nie miał w domach dostępu do wody pitnej. Rano pierwszym obowiązkiem dla kobiet i dziewczyn była wyprawa do studni. Zabierały wiadra i wędrowały po wodę. Byłem tym zszokowany. Patrzyłem na nie z podziwem, bo noszenie wody to praca dosyć ciężka, ale one zawsze szły z uśmiechem. Śpiewały Panu Bogu pieśni, dziękując za dar wody. To było dla mnie niesamowite! Gdy wróciłem potem do Mediolanu, dziękowałem Panu Bogu za dar wody w moim życiu. Dla nas to taka oczywista sprawa, woda zawsze płynie z kranu, ciepła, gorąca, zimna - jaka chcesz i ile chcesz. Ten pierwszy wyjazd pokazał mi, jak bardzo trzeba być wdzięcznym za dar wody, bo wielu ludzi nie ma na co dzień do niej dostępu i walczy, by mieć choć jej szklankę.

Tak to się właśnie zaczęło. Wracałem jeszcze na misje kilka razy jako wolontariusz. Jednak Pan Bóg zaczął mocniej pukać do drzwi mojego serca - pokazywał drodzę do kapłaństwa i na misje. Nie było wcale tak łatwo, bo można powiedzieć, że na początku trochę walczyłem z tymi myślami, ponieważ zwyczajnie, tak po ludzku, bałem się. Miałem 25 lat, pracowałem z rodzicami. A to znaczyło, że trzeba opuścić rodziców, przyjaciół, pracę i ukochane góry. Wszystko, co było dla mnie wtedy ważne. Lecz jak czytamy w Ewangelii, co potwierdza się w moim życiu, ci, którzy kroczą za Jezusem, stokroć więcej dostają. Choć odpowiedź na powołanie wydawała mi się na początku wyrzeczeniem, to teraz jestem wdzięczny Panu Jezusowi, bo jestem spełnionym człowiekiem i misjonarzem.