O. Juan Carlos Araya Carmona

– pochodzi z Pocito w Argentynie.

Nazywam się Juan Carlos. Pochodzę z Argentyny z miejscowości Pocito obok miasta San Juan, region Cuyo. Nasz kraj jest chrześcijański, ale mamy też wspólnoty różnych innych wyznań, bo przybyło do nas wielu emigrantów. W Argentynie mówimy po hiszpańsku, ponieważ była hiszpańską kolonią, ale pojawiło się u nas też dużo Włochów, więc w naszym języku są również włoskie słowa.

Moja rodzina ma korzenie hiszpańskie, zarówno ze strony Mamy jak i Taty. Pełne moje imiona i nazwiska to Juan Carlos Araya Carmona. Araya to nazwisko Taty, a Carmona - Mamy. Mam starszego brata Fernando, ma już rodzinę. Mam też młodszą siostrę Fatimę, też ma już rodzinę. Mój Tata był rolnikiem, wychowałem się na wsi. Moja Mama pracowała w domu. Lubiłem życie na wsi i do tej pory jego obserwowanie jest dla mnie ważne - lubię ten spokój i harmonię, którą daje natura. 

Moja rodzina mieszkała 4 km od naszej parafii. Nie mieliśmy samochodu, więc czasem nie byliśmy na Mszy w niedzielę, ale zawsze uczestniczyliśmy w ważnych uroczystościach. Bardzo wielkie wrażenie robiły one na mnie - to intensywne przeżycia, które do tej pory przywołuję w moich myślach. Gdy miałem 9 lat, dowiedziałem się, że siotra zakonna prowadzi katechizację, żeby przygotować dzieci do I Komunii Św, więc poprosiłem Mamę, by pozwoliła mi uczęszczać na te katechezy. Zazwyczaj to rodzice wysyłają dzieci, a ja sam poprosiłem, gdy tylko dowiedziałem się o tej możliwości.

I Komunia Św. była dla mnie ważnym momentem - to było spotkanie z Panem Jezusem, nic innego się nie liczyło. Przeżyłem to głęboko. Dziś wiem, że Jezus mnie przygotował szczególnie na ten moment. Od tej chwili wszystko było już w moim życiu inne. Związałem się mocniej z parafią i chciałem lepiej uczestniczyć w jej życiu. Zostałem ministrantem, pomagałem w grupach parafialnych. Zadziwiałem rodzinę swoją wytrwałością, ponieważ odległość do kościoła była spora, a dla mnie nie stanowiło to już problemu. 

Podczas tych lat aktywnego uczestniczenia w życiu parafii poczułem swoje powołanie. Siostry, które u nas pracowały, były z różnych części świata, miedzy innymi z  Włoch, Ekwadoru. Czerpałem z ich charyzmatu. Misyjność ich posługi była dla mnie czymś tak oczywistym, że nie wyobrażałem sobie innej pracy. W naszej parafii pracował tylko jeden ksiądz proboszcz i właśnie siostry. Parafia obejmowała duży teren, więc dla jednego księdza było to wiele pracy. Widziałem, że ludzie mają potrzebę spotkania z Bogiem, ale dla jednego księdza to było trudne, by być wszędzie ze wszystkimi. Jeździłem i pomagałem z katechizacją oraz ze spotkaniami z wiernymi. Rodziło się we mnie pytanie: "A Ty co jeszcze chcesz zrobić?" Im więcej pomagałem, tym te myśli były silniejsze. Rozmawiałem więc z siostrami i księdzem na ten temat - zrozumiałem, że to pytanie jest wezwaniem, jest moim powołaniem.

Odkrycie powołania jest piękne, ale też wymaga odważnych decyzji. Byłem bardzo młody, sądziłem, że będę studiować, pracować, będę wieść życie jak moi znajomi. Wszystko się jednak odwróciło. To był piękny moment w moim życiu, ale też trudny - sam sobie musisz odpowiedzieć, czy mówisz 'tak' lub 'nie'. Rezygnacja z tego normalnego życia jest jednocześnie okazją do otrzymania więcej niż się spodziewasz - spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy mnie wspomagali. Spotkałem na animacji misyjnej w naszej parafii Misjonarzy Matki Bożej Pocieszenia - przyjechał ojciec z Kongo i Argentyńczyk pracujący w Korei. Ich świadectwo życia misyjnego było odpowiedzią na moje rozterki - zobaczyłem księży, misjonarzy i braci - to było wszystko, czego szukałem. Chciałem służyć Bogu, świadczyć o Nim i być we wspólnocie.

Trafiłem do seminarium w Buenos Aires. Choć to jest w Argentynie, to byłem 1200 km od domu. Tam pierwszy raz poczułem, że zostawiłem za sobą wszystko - rodzinę i znajomych. Miałem 19 lat. Pierwszy opuściłem dom rodzinny. Było to trudne przeżycie również dla moich bliskich, taka próba, z której rodzą się potem dobre owoce. 

W Buenos Aires byłem 4 lata, 3 lata studiowałem filozofię i potem odbyłem nowicjat. Po ślubach po nowicjacie przeniesiony zostałem do Rzymu, by tam studiować teologię przez 3 lata. Praktykę odbyłem w Domu Generalnym w Turynie. Uczyłem się też w Padwie. Mieszkałem we Włoszech 8 lat.

Święcenia miałem w rodzinnym mieście, po nich znów wróciłem do Włoch. Potem dostałem mandat misyjny do Polski. Nie myślałem ani o języku, ani o mrozie. Pomyślałem: Ok! Czas we Włoszech był dla mnie bardzo intensywny - formacja i doświadczenie, ale byłem też już gotowy na nowe wyzwanie. Ucieszyłem się z wyjazdu Polski, byłem jej ciekawy. 

Nie wiedziałem nic o Polsce, znałem oczywiście Jana Pawła II. Spotkałem, będąc w Turynie, grupę pielgrzymkową z Polski z naszej wspólnoty. To byli otwarci, radośni ludzie. Zapraszali do siebie, więc kiedy dostałem mandat, odebrałem to jako znak. Byłem dobrej myśli. Przyjechałem do Polski na Światowe Dni Młodzieży. Niektórzy myśleli, że jestem tu tylko na tę uroczystość, a ja zostałem. Spotkałem się z wielką życzliwością, otwartością, radością. Od razu zobaczyłem, że 'Gość w dom, Bóg w dom' to prawda o Polakach. Zobaczyłem ich wiarę. Ten pierwszy moment otworzył we mnie wszystko. Wiedziałem, że przyjdą trudności, choćby w porozumiewaniu się, ale odbierałem to wszystko jako wyzwania, cele do zrealizowania. Motywowało mnie to, że ludzi mi pomagali bezinteresownie. Pierwsza zima to też była próba, bo jednak czasem brakuje mi słońca. Polska kultura, tradycja, rytuały, język są bardzo bogate - dostaję tu bardzo dużo i jestem za to wdzięczny.